Dziwiąc się światu... dziwiąc się Akademii
RSS
wtorek, 02 lutego 2010

Się pozmieniało, prawda? Nawet uczelnia niby ta sama, a inna. Inna nazwa, inny rok, w głowie spokojniej, poukładało się samo jakoś. To tytułem wstępu i przywitania, mam nadzieje że zupełnie już zapomnieli o mnie wszyscy i nikt tego nie będzie czytał.

W czterotygodniowym bloku z pediatrii znowu na hematologii i onkologii dziecięcej. Świadomość że śmierć jest na wyciągniecie ręki staje się niemal namacalna. Energiczna pani doktor chętnie i cierpliwie opowiada nam o diagnostyce, o tym co zrobić ze szkrabem kiedy się ejst w zwykłym SORze, pomijając zagwostki protokółów chemii, doborów cytostatyków... Taki szpital jest jeden na nasz region, nawet nie jeden na województwo, szansa że będziemy tam pracować jest minimalna. W głowie ma nam zostać mała czerwona lampeczka, że nowotwory u dzieci są chorobami rzadkimi, ale że nie możemy o nich zapomnieć. Nie zapomnimy.

 

poniedziałek, 14 lipca 2008

Serce Pani J. bije strasznie szybko i nierówno. I szmer robi przy tym taki że nie trzeba przykładać słuchawki do jej szczuplutkiej klatki. Wystarczy stanąć obok. Co jakiś czas serce Pani J. się męczy i wtedy mocno zwalnia. Bardzo mocno. I stawia personel na równe nogi. Podaje się jej więc furosemid z ręki dodatkowo do tego co pompuje w nią pompa i ciśnienie Pani J. wraca. W asyście lekarza i conajmniej dwóch pielęgniarek. Jest duże prawdopodobieństwo, że nie spotkamy się z Panią J. jutro rano i troche ciśnie mi się na usta, że na własne życzenie. Bo złożoną wadę zastawki mitralnej to ona ma od lat i operacje proponowano jej wielkorotnie, zawsze odmawiala. Dopiero wczoraj, po kolejnym incydenie bradykadii, powiedziała, że teraz zgodziłaby się na opercaje. Tylko że teraz jej stan jest zbyt ciężki, żeby ktokolwiek ją przeprowadzi. I się kurwa rodzi pytanie, dlaczego nikt tej pani do zabiego w czas nie przekonał. Dlaczego nie było przy niej jej zatroskanych córek, gdzie był psycholog, dlaczego lekarze odpuścili. Dlaczego mając do wyboru życie i śmierć wybrała pewną śmierć.

23:55, zielony_groszek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 30 czerwca 2008

Dziwnie jest jak sie ma po takim czasie coś napisać a jeszcze się chce żeby te coś nie było za nadto głupie i powierzchowne a jednocześnie zbyt głębokie i osobiste. A ponadto jak się nie wie od czego zacząć bo szmat czasu minął. To jakby spotkać koleżankę z ogólniaka i na pytanie co słychać odpowiedzieć "u mnie wszytsko ok" bo i o czym tu opowiadac jak się tyle lat jej nie widzialo a z Naszej Klasy i tak sie wie co studiuje i gdzie spędziała wakacje. 

U mnie wszytsko ok. 

Sesja się skończyła w piątek, więc wcale nie tak dawno. Nadal nie znam wyniku tego piątkowego egzamniu, wiec nie napisze ze zostalam oficjalnie półdoktorem.

Wczoraj w nocy po sterroryzowaniu Najlepszego z  Mężczyzn i poruszeniu rodzicielskich serc łzami krokodylimi zostalam odwieziona do domu...

W sobote nasi bliscy znajomi poprzysięgli sobie że razem aż do śmierci a myśmy przysięge podpieczętowali ryżem, życzeniami, hektolitrami wódki i balem do samego rana (swoją drogą to moje nerki i wątroba zdają się nadal nie czuć najlpiej...)

 Jutro rano zaczynam praktyki mimo że nie czuje się ani fizycznie ani psychicznie na siłach... 

U mnie wszystko ok. 

 

11:57, zielony_groszek
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 marca 2008

No więc zaległości mam. Już nadrabiam.

Ustrzelona przez kolejno

Gucia: gucio86.blox.pl

i

Dr Bez Stetoskopu (co ma stetoskop i oszukuje:P) doktorbezstetoskopu.blox.pl\

A teraz to na co wszyscy czekają z niecierpliwością. Sześć prawd o prawiemedyku, zielonym groszkiem nazwanym.

Prawda Pierwsza, najważniejsza. Nienawidze niejsanch sytuacji. Nie znosze kiedy okazuje się że ktoś wiąże ze mną emocje którch się po nim nie spodziewam. Wolę najgorszą informacje, ale szczerą. od początku do końca. Każda próba oszustwa w tej kewstii wyjdzie w końcu na jaw. Wtedy to ja okazuje swoje emocje. Od początku do końca, bez uprzejmości. A ziemia drży w posadach.

Prawda Druga, kto zna ten wie. To że się nie odzywam nie znaczy że nie zwarcam uwagi. Zazwyczaj dokładnie wiem co się dookoła mnie dzieje.

Prawda trzecia. Często mówie więcej niż bym chciała. Na szczęście notki na blogu usunąć jest baaardzo łatwo. Z życiem niestety gorzej.

Prawda czwarta. Najprawdziwsza. Jestem wytrwałym słuchaczem. Mam tylko jedną wadę. Czasami też muszę coś powiedzieć.

Prawda piąta. Potrzebuje azylu. Kiedy go tracę, tracę grunt pod nogami.

Prawda szósta. Czasem kiedy coś chodzi mi po głowie, nie potrafie zwrócić myśli w żadną inną stronę.

 

W związku z powyższym, a mianowicie z tym że notka wyszła zbyt szczera i prawdziwa, a blog traci przez nią swój beztroski charakter, pewnie wkrótce ją usunę. W końcu jest moja i sobie mogę.

 

23:31, zielony_groszek
Link Komentarze (3) »
środa, 20 lutego 2008

Socjologia okazała się, tak jak się zreszta spodziewałam, nudną lekcja geografii albo WOS-u z gimnazjum. Zakres przedstawionej wiedzy też zresztą gimnazjum odpowiada. Definicja systemu totalitarnego, transformacji i stwierdzenie, że gruźlicę powodują zarazki. Przez półtorej godziny. Bez jednego slajdu na którym możnaby oko zawiesić, tonem jednostajnym i powoli, tak żeby umozliwic notowanie i zasypianie. Kolejny potworek przedmiotowy. I jedno zapadające w pamięci zdanie. 

Że niezaspokojenie potrzeb społeczeństwa w dziedzinie medycy powoduje jego dezintegrację. 

 A do tego fakutety pokrywaja mi się z wykladami obowiązkowymi. Tak to jest kiedy na fakultety zapisujemy sie na cały rok z góry w październiku, nie znajac planu na letni semestr, niewiedząc kiedy zaczynają się wykłady z któregoś tam przedmiotu i kiedy kończą. A wypisać z fakukultetu to się można do listopada. Komentarza nie bedzie. 

15:54, zielony_groszek
Link Komentarze (9) »
sobota, 16 lutego 2008

Dziwnie jest po trzech tygodniach mieć znowu świadomość, że w poniedziałek będę musiała spocić się nad czystą kartką w ponurym budynku z czerwonej cegły. Mikrobiologia jest śmiesznie usytułowana. W parku, jak w lesie. A może to tylko mi każdy zaniedbany park las przypomina. Wygląda to tak jakby wszystkie budynki bały się tych bakterii dziwnych, tych wszy karmionych tam kiedyś na łydkach przez starego profesora, tych maszyn przerażających do wyciskania bulionu z mięsa. Gdyby nie automat do kawy w holu, możnaby poczuć się tam jak przed wojną. Co do automatu do kawy, osobiście nie polacem. Różnorodność żywych istot na nim jest większa niż na desce sedesowej. Komisyjnie sprawdzone.

Tak więc wracam do Gdańska. I gdyby nie On i piątkowa interna to Bóg mi świadkiem, że bym się już tam nigdy w życiu nie pojawiła. 

21:08, zielony_groszek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 lutego 2008
I tym oto sposobem, po dwoch tygodniach ferii trafiłam do domu nareszcie. I nie wiem jak to wyszło, że spędzając 8-9h przed komputerem nie napisałam ani słowa. Nie tęskniłam zresztą. Nie to żeby się nie wydażyło, bo się wydaża. Codziennie. Codziennie bardziej. Bez względu na to jaki mam humor, fazę cyklu, jaka jest pogoda ciśnienie i czy księżyc czy Saturn jest w moim znaku. Z tym że to nic paramedycznego. Dlatego ciiii....
23:02, zielony_groszek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 stycznia 2008
1. Weź do ręki dowolną książkę (niekoniecznie ulubioną, pierwszą lepszą) 2. Otwórz ją na 123 stronie. 3. Przeczytaj piąte zdanie i umieść je na swoim blogu Podnieta ta może wytworzyć się w przedsionku albo w komorach, albo w układzie przewodzącym serca. Edward Szczeklik "Diagnostyka ogolna chorób wewnętrznych" PZWL Wawa 1956
21:45, zielony_groszek
Link Komentarze (2) »
środa, 16 stycznia 2008

Nie zginęłam nad książkami chociaż powinnam. do tego stopnia mam dosyć tego wszytskiego że nie mam najmniejszej ochoty o tym opowiadać. ot cała filozofia. Co do ostatnich dni to okazalo się że:

- mogę mieszać dżin z kamikadze bez konsekwencji

- wole robić wkłucia niż być kłuta

- bez Marty potrafie wyszykować się do wyjścia w 30min

- Tatuś mnie kocha

- mam narkolepsje

- potrzebuje wrocić do domu.  

 

 

19:49, zielony_groszek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 27 grudnia 2007

Poświąteczne wspominki przedwiątecznej atmosfery uczelnianej...

Nawet pani w spożywczym co ładuje żywe karpie w reklamówke skazując je na śmierć jest przed Świętami milsza niż zwykle. Chociaż trochę milasza. Nawet pan kierowca w autobusie ma lepszy humor na myśl o Świętach. Nawet pani w kasie na mnie nie krzyczała za brak drobnych. Do dziekanatu się nie odważyłam pójść, ale myśle że też by się tam dało odczuć chociaż ociupinke Świąt.

Szpitali klinicznych AMG zjawisko przedświątecznej dobroci nie dotyczy o czym naskórnie się dowiedziałam w ubiegły czwartek i piątek. Najpierw popis frustracji dała pewna pediatryca, pieszczotliwie nazwana Koleżanką Maszkarą. Niedouczenie jest rzczeczą okroponą i niewybaczalną, a żadne głupie kolokwia nie są dostatecznym wytłumaczeniem (niemniej skoro kogoś to nie obchodzi, niech nie pyta), przynieśliśmy wstyd całej społeczności studenckiej, okazaliśmy się najgoprszą grupą w tygodniu, najgłupszą, najbardziej bazczelną, grupą która swoją niewiedzą dokonała gwaltu na delikatnej psychice pani pediatrycy, wywołując serię min, gestów, westchnień, parsków, wykrzywień, rozdziewień, ziewnięć i uszczypliwych komentarzy, godną Ani Mru-mru. Pastwiąc się nad nami ponad póltorej godziny, Koleżanka Maszkara wypowiedziała tyle przykrych słów, że powinnyśmy popłakać się w rękaw jedynego w naszej grupie mężczyzny, ukorzyć się, przeprosić za swoje istnienie i wypełznąć z odziału bijąc pokłony. Spłynęło po nas jak po kaczkach z robuchanym łojotokiem. Część w postawie "Nie chce mi się z tobą gadać" część tłumiąc chichot (bo wrażliwe na kabarety jesteśmy), reszta cicho klnąc pod nosem wygłuszyła słowotok Koleżanki. Bo otóż droga Koleżanko Maszkaro po prawie trzech latach studiów teksty odwołujące się do naszego honoru, wstydu i odpowiedzialności padają w odchłań. Ukorzyliśmy się już tyle razy, tyle razy honor zostawiliśmy w domu, tyle razy wracaliśmy oknem, że należałby wziąść przykład ze swoich kolegów po fachu i spróbować dotrzeć do nas inną drogą, o ile takową potrzebę się czuje, bo jeśli ma się ochotę sobie ulżyć z powodu dyżuru w Wigilię, to proszę bardzo. Proszę tylko uważać na efekt kabaretu. 

Dnia następnego zaś, po raz kolejny przywitani zostaliśmy uszczypliwościami i obarczeni winą za porażkę polskiej służby zdrowia i przy pierwszej nadarzającej się okazji prowadzący wypomniał nam że owy upadek wynika z naszej głupiej rozmowy o tramwaju w Gdańsku. Aż nadto celna uwaga (bo rozmowa o fruwających tramwajach rzeczywiście odbyła się jeszcze przed zajęciami) spotkała się ze wzruszeniem ramionami. Wesołych Świąt jak się można spodziewać nie życzył nam nikt. 

Pozostaje liczyć, że naszej szanownej kadrze humor poprawi się po Świętach. Być może udało im się rozładować na jakimś nieszczęsnym karpiu. Karpia ich humory obejdą napewno bardziej niż nas.  

18:20, zielony_groszek
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6